Pielęgniarka – pinda ze “Szczurów Wrocławia” pomnikiem trwalszym niż ze spiżu

Czołem.
Zostałam „Szczurem Wrocławia”, zombie w najnowszej powieści Roberta Szmidta. Człowiek jest czasem egocentryczny. To zgubne – mnie zgubił właśnie ów egocentryzm. Głupia chęć zostania uwiecznioną na zawsze, na kartach powieści. Zostałam więc “starą pindą ze szkoły dla pielęgniarek” xD

Nie jestem osobą specjalnie medialną. 1000 fanów bloga na FB nie czyni ze mnie celebrytki. Jednak moje nazwisko przewija się w fandomie, chociażby ze względu na prowadzenie Działu Literatura w Post-Apokalipsa Polska, czy chociażby ze względu na tego bloga. Po przeczytaniu pierwszego fragmentu powieści z bohaterką Dominiką Tarczoń jestem nie tyle zawiedziona, co rozśmieszona i lekko zaniepokojona. Jak ta bohaterka wpłynie na, sorry ale jednak, mój image? Na odbiór mojego bloga? To pytanie pewnie zadaje sobie teraz gros innych pisarzy, dziennikarzy i blogerów, którzy występują w powieści. A jest ich niespodziewanie sporo i wszyscy są mniej lub bardziej… komunistycznymi dupkami 😀

Czytając  fragmenty „ze mną”, sama chciałam dać bohaterce w zęby. Szmidt nie znał wszystkich 200 kilku bohaterów SzW, ze mną miał wcześniej kontakt jedynie w przypadku różnych projektów (np. antologii postapokalipsy, do której pierwsze podejście nie wyszło, ale będzie drugie i mocarne w 2016 r.), patronatów (jego książek) czy wywiadów (jeden z pierwszych na moim blogu). Nie mógł mnie więc dobrze znać. Nie mógł znać dwustu-kilku „szczurów” ze swojej książki. Dlatego powieść wygląda tak, jakby wymyślił randomowych bohaterów, nadając im jedynie nazwiska z listy. Bardziej lub mniej szczęśliwie. Piszę o tym, abyście brali to pod uwagę czytając książkę. To jest fikcja literacka – i należy o tym pamiętać.

W książce jestem podłą hipokrytką, komunistką, która zgodnie z przysłowiem “jak trwoga, to do Boga” przeżegnała się parę razy, widząc zombie. Moja przewrotna agnostyczna dusza pragnie podzielić się więc z Wami moją najbardziej religijną fotką ever.

Autor nie kontaktował się wcześniej z bohaterami – nie dawał im do przeczytania fragmentów ze swoim udziałem, nie zdradzał nic z fabuły. Cóż, gdyby miał to robić, nie byłoby większego sensu pisać tej książki. Akcept fragmentów trwałby latami i w efekcie książka by nie wyszła. Dlatego Szmidt opierał się na krótkich charakterystykach od „szczurów” i tym, co znalazł w internecie na ich temat. Przy okazji mocno trollował.

Krótko mówiąc, Dominika Tarczoń w książce – prócz bycia totalnie antypatyczną – jest kobietą, która: prowadzi internat dla pielęgniarek (trochę się to ze mną wiąże – moja mama jest położną), ma krótkie czarne włosy (czyli jest podobna do mnie sprzed paru lat), nienawidzi młodych kobiet z internatu i najchętniej by je pozabijała (rozumiem, że Szmidt uważnie czytał wypowiedzi moich hejterów podczas dyskusji na temat burleski z ZWZ, którzy z braku merytorycznych argumentów starali się uwłaczać mojej kobiecości czy przypisywać mi jakąś pokraczną „nazifeministyczną” naturę) oraz nie może wejść na trzecie piętro (z powodu tuszy? Astmy? Dunno). Osobiście ubawiłam się, widząc Dominikę Tarczoń stworzoną na podstawie mojego wizerunku wykreowanego w internecie przez hejterów. Ot, czarny PR, kto się z nim w blogosferze nie spotkał? Ale były dwa fragmenty, które zabolały mnie bardzo.

Po pierwsze – cytat o gwałtach. Szukajcie w książce, to znajdziecie. Chyba Robert nie czytał mojego artykułu o molestowaniu na konwentach, w którym przyznałam się do bycia obrzydliwie obłapianą na premierze Diablo (info dla hejterów – tak, byłam wtedy szczupła i ładna, więc dało się) ale opowiedziałam też historię mojej przyjaciółki, którą spotkało równie niemiłe doświadczenie. Artykuł wyzwolił oczywiście falę nienawiści i głośną dyskusję. Uważam jednak, że to nie w porządku, że Robert wrzucił taką wzmiankę do książki. Daje to pożywkę dla nowej fali hejtu i… no cóż, nie czuję się z tym komfortowo. To po prostu nie jest ok.

Druga rzecz, której Robert nie mógł być świadomy, to Rafiki. Jest moją przyjaciółką od dobrych 10 lat. Rafiki jest szczuplutka, ruda i trochę zwariowana, tak jak dziewczyna w książce, którą obraża Dominika Tarczoń. Kurde, po pierwsze – bohaterka książki zachowała się jak rasowa… brakuje mi określenia. Nieprzyjemna, zazdrosna, zawiedziona życiem, cyniczna i samotna stara baba. Pielęgniarka – pinda. Ale co gorsza – czytam o „ryżej małpie”* i mam przed oczami Rafiki. Nie potrafiłabym nigdy nikomu z takim cynizmem i jakąś dziwną zawiścią powiedzieć w twarz inwektywę, choć nic mi nie zrobił. I to inwektywę opartą na wyglądzie (ile razy ktoś mi powiedział coś niemiłego z tego powodu? Z tysiąc razy, serio). To taki nieszczęśliwy fragment, którego mogłoby nie być.

Jestem w trakcie czytania. W oczy rzuca się fakt, że Robert sam często za fabułą nie nadąża. Opisy (zwłaszcza działań milicji) są niejasne i w końcu nie wiadomo, gdzie jedzie kordon, kto co robi. Książka wygląda tak, jakby ucięto ją o połowę – akurat tę połowę, która pozwala na czytanie zdania tylko raz, a nie trzy, aby je czasem zrozumieć. Bohaterowie mają niewiele wspólnego z ich żywymi pierwowzorami – dlatego czytam tę książkę jak każdą inną powieść i przybrałam postawę, że bohaterowie są fikcyjnymi postaciami literackimi. Szkoda tylko, że większości bohaterów po prostu nie da się lubić. Mielech jest cudownym wyjątkiem, ale nagle znika z kart książki. A reszta? Pędzą samogon, biją, gwałcą, kradną, mordują, odstawiają chamówę, są nieprzyjemni. Tylko nazywają się jak moi znajomi.

Ave

P.S. Książkę zrecenzuję  szczegółowo po przeczytaniu całości.
P.S. 2 Przepraszam za emotikony. Wiem, że to nieprofesjonalne, ale czasami wręcz nie mogę się powstrzymać!

*Dominika Tarczoń w książce obraża rudowłosą dziewczynę ze względu na jej wygląd