Inne

Gdyby Michael Crichton żył, był kobietą i pisał o zombie…

Czołem!

W telewizorni leci właśnie kolejna komedia dla kretynów, w której odnajdziecie zadziwiająco dużo parodii ,,Klubu winowajców”. W czajniczku stygnie woda na herbatę. Tymczasem ,,Feed” oczekuje na popadnięcie w obłęd book crossingu pośród moich znajomych. Zainteresowanie duże, a i to nie bez przyczyny.

Zanim napiszę, dlaczego warto przeczytać tę książkę, wybaczcie mi za spóźnioną notkę. Ogólnie statystyka notek na tym blogu jest mizerna, jednakowoż dla poprawy mojego obrzydliwego zachowania rozważam  udział w konkursie notka/tydzień. Poczekamy, zobaczymy.
Jak mogliście przeczytać w przedrecenzji, z ,,Feed” wiązałam ogromne obawy, jak i nadzieje. Po pierwsze, wreszcie jakaś nowa post apokalipsa na naszym rodzimym rynku. Po drugie, zombie. Po trzecie – wreszcie i najważniejsze – autorką jest kobieta. Bałam się czytać tę książkę, żeby nie zawieść się zbyt mocno.

Usiadłam w końcu z książką na łóżku, szczęśliwa że ją mam, i nagle (po napisaniu przedrecenzji) oblał mnie zimny pot. Mroczny głos z tyłu głowy mamrotał mi po cichu – ha ha ha, na pewno będzie romans, autorka wszakże jest buntowniczką mieszkającą z kotami. No i kobietą. I dorwała się do zombie. Na pewno będzie beł – kot.
Spotkałam się już z post apokaliptyczną literaturą, w której ,,jego kasztanowe loki przysłaniały mu twarz a ja leżałam w jego ramionach, zdychając od kul i ran kłutych”. To temat na kolejną notkę 😛

Nie bierzcie mojego zachowania za przykład przeżarcia stereotypami i genderyzacją, o nie. Tłumaczy mnie w 100 procentach zjawisko noszące imiona Bishop, Meyer i Miliard Książek O Upadłych Aniołach i Wampirach Dla Nastolatek. Nawet, jeśli Ćwiek sygnuje swoim nazwiskiem pozytywne odczucia po przeczytaniu. A bo kto może się domyślać, co ten Ćwiek czyta i w czym się lubuje, prawda?

Zwracając Ćwiekowi honor – książka jest fajna. Główna bohaterka może irytować, jednak nawet pomimo narracji z pozycji 1. osoby, nie przeszkadza. Nie rzadko rzucam książki w kąt, ponieważ bohaterowie mnie najzwyczajniej w świecie irytują. Z ,,Feed” było na szczęście inaczej.
Ów zombie – thriller traktuje o rodzeństwie dziennikarzy, którzy w czasach post zombie relacjonują kampanię prezydencką w USA. Zadanie jest o tyle niebezpieczne, że zombie wirus wciąż jest aktywny i atakuje żywych, a co więcej – domniemani przeciwnicy kampanii wciąż sabotują jednego z senatorów ubiegających się o stołek. Zombie są tutaj świetnym tłem oraz narzędziem zbrodni, genialnym okraszeniem dość prostego w swojej konstrukcji politycznego thrillera. Wątek horroru otoczenia przysłania niektóre niedociągnięcia w fabule, nadaje świeżość pewnym rozwiązaniom i przy okazji nie powoduje przesytu od ton gryzionego mięsa.

Miejscami ,,Feed” przypominał mi niektóre pozycje Crichtona. Zdarzały mi się momenty podczas czytania, kiedy przeszywał mnie podobny dreszczyk do tego przy ,,Parku Jurajskim”. A to bardzo ceniony przeze mnie aspekt literatury. W starciu jednak Majekl wygrywa. Chociaż, gdyby żył i był kobietą… I pisał o zombie…

Ave!