Totalnie nie tego się spodziewałam! Avengers: Infinity War [BEZ SPOILERÓW]

Czołgiem!

Avengers: Wojna bez granic zmasakrował moje nerdzie serduszko. I to tak totalnie.

Znowu poszłam do kina na zupełnym spontanie. W dodatku ponownie na film, który miał być kiepską rozrywką, tak jak Ready Player One ( przeczytaj recenzję tutaj), a który mimo wszystko kompletnie mnie zaskoczył.

Powiem Wam szczerze – nie jestem wielką fanką Marvela. Nie przeczytałam nawet 10% komiksów, nie zamawiam z wyprzedzeniem biletów na kolejne premiery. Ogólnie byłam baaardzo zmęczona franczyzą. Więcej, nie lubię postaci Iron Mana, która jednak jest najbardziej rozpoznawalna w całej serii (pomijam fakt mocnego promowania Kapitana Ameryki i Thora, ale o tym powinno się napisać cały osobny tekst)*.

Nie spodziewałam się po tym filmie kompletnie niczego. Jedyne oczekiwanie, jakie wobec niego miałam, to oderwać przez moment myśli od trudów dnia codziennego.

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy w trakcie seansu dotarło do mnie, że oto zaczynam fangirlować Marvela!

Avengers: Infinity War a znajomość Black Panther

Zanim przejdę do właściwej recenzji od razu informuję, że nie widziałam jeszcze Black Panther. Być może czeka mnie kolejne pozytywne zaskoczenie, dlatego proszę – nie spolerujcie mi tego filmu.

Jeśli również go nie widziałeś/aś, a zamierzasz wybrać się na nowych Avengersów, śmiało! Brak znajomości BP absolutnie w niczym nie przeszkadza – ba, wręcz zachęca do obejrzenia (a podobno w niektórych kinach jeszcze grają).

Przede wszystkim największa bitwa rozgrywa się w Wakandzie (nie jest to spojler, ponieważ to scena pokazywana w zwiastunach). To epickie, zrealizowane z rozmachem sceny. Oczywiście nie zobaczycie tam eksplozji czaszek i hektolitrów krwi, ponieważ film ma odpowiednią kategorię wiekową, ale zdarzają się bardzo efektowne przyduszenia 😉

Już sama armia Wakandy i świeże połączenie tradycji z nowoczesnością zachęcają do obejrzenia BP. Jeszcze bardziej przekonuje mnie ogromna charyzma, jaka bije od wszystkich mieszkańców tego miasta. Black Panther ewidentnie kreowany jest na superherosa na miarę Kapitana Ameryki – widać to głównie w jednej, szczególnej scenie. Przyglądajcie się uważnie i napiszcie, czy wiecie, o którą scenę mi chodzi 😉

 

Najlepsza wiadomość – nowi Avengersi NIE SĄ książką telefoniczną

Avengers: Infinity War to idealne studium przypadku pod tytułem Jak zrobić dobrą historię z dużą ilością bohaterów i nie zamienić jej w książkę telefoniczną.

Obawiałam się, ile czasu twórcy poświęcą poszczególnym bohaterom i jak to wpłynie na fabułę. Faktycznie, nie starczyło czasu ekranowego na dogłębne historie wszystkich bohaterów, ale w większości przypadków każdy dostał dokładnie tyle czasu, ile potrzebował.

Musze przyznać, że zrealizowano to całkiem zgrabnie, ponieważ historia z tego filmu ma o wiele więcej potencjału, niż 2 h 40 min. Myślę, że spokojnie można by zrobić z niej mini serial.

Bohaterowie spotykają boga śmierci

Jak wspomniałam, akcja ma bardzo dobre tempo – film rozkręca się przez cała pierwszą godzinę filmu, ale rzadko będziesz spoglądać na zegarek. Tu każda scena niesie ze sobą wartość, pogłębiając więź widza z bohaterem.

Ogromnym atutem nowych Avengersów jest fakt, że bohaterowie mają spore kłopoty. Część jest sprowadzona przez los w uosobieniu Thanosa, część sprowadzają na siebie sami poprzez swoją niedojrzałość czy błędne wybory. Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na rolę Chrisa Pratt’a – Star Lord jest bardziej niedojrzałym charakterem, niż Groot-nastolatek, ale paradoksalnie to dobra wiadomość.

Jego zachowanie ma wpływ na fabułę, a nas powinna czekać świetna przemiana bohatera w kolejnej części. Mam przeczucie, że ten bohater mocno nas zaskoczy w kolejnym filmie, choć trochę boję się, że scenarzyści potraktują go schematycznie, wręcz slapstickowo.**

Emocje!

Marvel kolejny raz pokazał, że jest równie dobrym rzemieślnikiem, co artystą. Relacje Thanosa z Gamorą czy Visiona z Wandą są przekonujące i dobrze zagrane. Wywołują emocje i to nie w nachalny, typowy dla blockbustera sposób.

Jak  już  wspomniałam, film przeorał moje nerdzie serduszko. Wziął moich ukochanych bohaterów i zmusił mnie do patrzenia, jak wyrywa im kręgosłupy, rozdziera serca i miażdży życia. Prawie tak samo jak Thanos, ale hej! Thanos jest szalony. To dobrze wykreowany antagonista – nie idealnie, ale dobrze na tyle, by uwierzyć w jego motywy i interesować się jego losem.

The end

Największym minusem produkcji były wstawki komediowe. Oczywiście, znalazło się sporo humoru, który do mnie trafił, ale mimo wszystko zbyt często czułam, że jestem na granicy zażenowania. Zwłaszcza w przypadku kwestii Iron Mana. Być może to mój brak sympatii do tego bohatera? Napiszcie w komentarzach, jakie Wy mieliście wrażenia.

Zakończenie filmu pozostawia duży apetyt na więcej. Chwyta za gardło już od pierwszej sceny i nie puszcza aż do zakończenia, w którym wręcz… jeszcze mocniej zaciska rękawicę Thanosa na szyi widza. Ostatni raz takie wrażenie zrobił na mnie Mad Max Fury Road.

Podsumowując, idźcie do kina i dajcie znać, jak Wam się podobało. Czekam na Wasze opinie.

Ave

 

P.S. Film obejrzałam w najlepszym pod słońcem warszawskim Kinie Praha (R.I.P. Kino Femina)!

* Co absolutnie nie przeszkadza mi w tym, że są moimi ulubionymi bohaterami, łącznie z Buckym.

** Z drugiej jednak strony ten film też miał być o wiele gorszy, więc who knows 😉