Czarnobyl w obiektywie – dzienniki R. Michalskiego c.d.

Czołem!
Witajcie po dłuższej przerwie. Wszystko mnie boli od braku notek – ten ból tworzenia już mi niemalże wypala mózg, ale póki mam problemy z komputerem, póty muszę kombinować…
Z dobrych wiadomości – dzisiaj dalszy ciąg dzienników Kovu. Tak, troszkę udawana ta notka – w takim wydźwięku, że prezentuję Wam nie moją pracę, a teksty Roberta. Obiecuję się poprawić i dodać więcej recenzji i relacji, zwłaszcza że czeka mnie jeszcze opowiedzenie Wam, jak to było na premierze ,,Samozwańca” nr 4.  Niemniej jednak polecam Wam fotografie i dzienniki Roberta. Mi zawsze czyta się je z przyjemnością, a fotografie ,,Kovu” podglądam nie tylko w związku z wpisami na bloga 😉
Ave! 

 
Tekst i zdjęcia: Robert ,,Kovu” Michalski

Po wizycie w Porcie Czarnobyl, krótkim spacerem udajemy się pod pomnik likwidatorów. Spacer w środku dnia przez centrum Czarnobyla nie różni się tak bardzo od przejścia się po jakimkolwiek ukraińskim małym miasteczku. Budynki zachowane w dobrym stanie, wiele przystosowanych do użycia w razie nagłej potrzeby. Widać tu aktywność ludzką – czasem przejeżdża samochód, przechodzą ludzie… czynne są dwa sklepy i kantyna. Miasteczko stanowiło centrum operacyjne „bitwy o Czarnobyl” , w dniu katastrofy liczyło ok. 15000 mieszkańców – obecnie w całej strefie pracuje około 3000 ludzi, z czego większość mieszka właśnie tutaj.

Sam pomnik – prawdziwe dziecię swojej epoki – czysty socrealizm, ale przekonujący –przedstawia strażaków i żołnierzy zamrożonych w czasie w swej walce z nieznanym żywiołem – osłaniających resztę ludzkości przed niewidzialną śmiercią rozsiewaną przez czwarty reaktor. Na monumencie widnieje napis „Dla tych, którzy ocalili świat”. Rzeźby ludzi są… twarde, toporne – proste i w pewien sposób wydają się być silne – wizerunek człowieka radzieckiego poświęcającego się dla dobra ogółu. Nie ma tu zbędnego patetyzmu, nie ma znaku sierpa i młota ani radzieckiej flagi… pod pomnikiem leżą wieńce i kwiaty – sztuczne, to typowa praktyka na Ukrainie.

Po refleksyjnej chwili pod pomnikiem likwidatorów wyruszamy w stronę kolejne zaplanowanego obiektu – małej „galerii” robotów biorących udział w usuwaniu skutków katastrofy – obstawiona jest znakami ostrzegającymi przed zwiększoną radiacją – wiedziony ciekawością przechodzę, przez otaczające maszyny ogrodzenie i osłuchuję je dozymetrem – nic nadzwyczajnego, znaki okazują się być elementem ekspozycji.



W dalszej drodze, na krótką chwilę zatrzymujemy się na niedawno odnowionym moście, z którego przy lepszej widoczności widać czwórkę… w tej chwili, we mgle – to bardziej sugestia obecności jakiegoś budynku niż faktyczny widok.

Nowy gładki asfalt i słupy latarni pozbawione głów… ponownie cisza podkreśla… “It’s freaking awesome” słyszę jowialnie-radosny standard w wykonaniu Marca, jednego z towarzyszy na tej wyprawie i ścieram odrobinę szkliwa ze zgrzytem zębów. Oddalam się od reszty… wykonuję trzy populistyczne ujęcia pustej gładkiej drogi… na krótką chwilę kładę na niej dłoń…

Zastanawialiście się kiedyś jak niepowtarzalnym uczuciem w dotyku jest… chropowatość? Może szorstkość…ciężko to zamknąć w jednym słowie. Kolejny raz nawiedza mnie ta myśl – taka jest strefa.. szorstka i chropowata… beton, złuszczone tynki, pokryta rdzą stal, popękany asfalt, deski z których resztki lakieru lub farby spłynęły lata temu. Tę chropowatość chcę zapamiętać… tak jak pamięta się obrazy, zapachy i dźwięki ja próbuję zapamiętać dotyk.

W drodze do nieukończonego bloku 5 i 6 CHNPP przystajemy na chwilę w popularnym punkcie widokowym na „czwórkę” – przy kanale chłodzącym. To jedno z tych miejsc, gdzie wskazania dozymetrów zależą od tego, w którą stronę wieje wiatr – sarkofag, pod którym likwidatorzy ukryli wrak reaktora nie jest już szczelny. W obecnej chwili można stąd zobaczyć trwającą operację montażu nowego komina wentylacyjnego na tej potężnej osłonie.

W końcu docieramy na wielki plac budowy przerwanej 25 lat temu, budowy, która nigdy nie zostanie ukończona. Ukraińcy twierdzą, że dwa kolejne reaktory były gotowe w 80%, ciężko to ocenić – ale „na oko” wydaje się, że była to propagandowo zawyżona wartość. W środku beton i stal… Tysiące ton betonu i wiele stali tworzy tą nigdy nie ożywioną świątynię atomu… Wiele chropowatości i dużo wilgoci.

Wszyscy wyciągają statywy i lampy błyskowe – w środku kompletne ciemności. Statyw… to jednak nie dla mnie… ze statywu robię może ze trzy ujęcia, tempo nie pozwala spokojnie się zastanowić nad tym co, skąd i dokąd wycelować, a niespokojnie to ja ze statywem nie umiem zwyczajnie. Kilkanaście zdjęć z fleszem odbitym… ale to wszystko jest za duże i za ciemne, żeby dało się liczyć na dobry rezultat…. warunki są naprawdę ciężkie, specjalistów od BHP szlag by tutaj trafił po przejściu 20 metrów w dowolnym kierunku. Nieukończone szyby chłodnicze – głębokie na kilkadziesiąt metrów, rury, dziury w ziemi, kanały do i odpływowe, piekielne głębie, wszędzie wystające pręty zbrojeniowe, kilometry izolacji zdartej z przewodów… można się „nieźle” zabić, chodzimy nad tym po wąskich podrdzewiałych kładkach, czasem wręcz po pojedynczych przerzuconych w poprzek dźwigarach… Metalowe, pokryte rdzą schody tak strome, że aż się prosiły by schodzić po nich jak po drabinach.



W ciemnościach udaje nam się odnaleźć komorę jednego z reaktorów – jest olbrzymia, wypełniona stalą przestrzeń, miała być gniazdem dla kolejnego RMBK 1000, technicznie takiego samego jak Twórca zony, chociaż projekt całego bloku jest już nowszy, inny. Żeby sfotografować to miejsce muszę pomimo wysokiego ISO wypalić na pełną moc obu palników mojej lampy Metza, dziesięć takich błysków potrafi wykończyć akumulatory…


Po dłuższym błądzeniu wewnątrz tego olbrzymiego grobowca udało nam się wyjść na zewnątrz, na wysokości mniej więcej 7 piętra – na duży podest widokowy… nie ma problemu… Problemem jest to, że to połowa drogi na górę – druga połowa to ażurowe metalowe schody przytulone do betonowych ścian… Robię podejście po pojedynczych schodach… jeden podest – drugi… – nie, dziękuję. Mój lęk wysokości krzyczy “Przyklej się, k**wa, do podłoża!! – Zaraz przez Ciebie zginiemy!!”

Puszczam resztę ekipy przodem, a sam sprawnie niczym 70 letni epileptyk schodzę na pierwotny duży podest… nawet nie umiem opisać jak mnie w tym konkretnym momencie wk**wiła ta własna słabość.


Tam, przeklinając jak nigdy moją małą przypadłość lękową, staram się udawać, że nie ma czego żałować – 7 piętro to prawie jak 14. Pstrykam kolejne bracket’y do hd’rów. Zwiedzam podest wzdłuż i wszerz, nurkuję z latarką we wnęki w betonowym cielsku. Na chwilę część pokrywy chmur , która towarzyszy mi od początku tej wyprawy, otwiera się ukazując błękit nieba… czuję się jak młody półbóg… do pełnej boskości brakuje tej drugiej części wysokości budynku. Kilka zdjęć ukazujących rozchmurzenie, siadam na przewróconym dźwigarze i chłonę otaczający mnie krajobraz, jest stąd widok na wieżę chłodniczą i sarkofag. Ogarnia mnie spokój i dziwne odczucie, że znajduję się dokładnie tu gdzie chcę, że jest to dobre miejsce.


Po kilkunastu minutach wraca reszta towarzystwa. Ponowne przejście przez trzewia olbrzymiego budynku – po rozpadających się drabinach i schodach w dół… przy budce wartownika spotykamy częsty w strefie widok – stadko nie-pseudo-dogów, ewidentnie zawiedzionych, faktem iż międzynarodowa delegacja zamiast obdzielić kiełbasą robi jedynie darmowe zdjęcia. W szybko zapadającym, listopadowym zmierzchu wyruszamy w stronę Czarnobyla, zamykając tym samym pierwszy dzień penetracji strefy.

P.S. W Czarnobylskiej kantynie jedzenie jest iście stalkerskie – do tego stopnia, że dla znajomych z zagranicy stanowiło szok na miarę całej strefy. Nie jest zbyt istotne czy macie do czynienia z obiadem, śniadaniem czy kolacją – niemal losowo dobrane składniki zostają uzupełnione taką dawką tłuszczu, że aż można pożałować, że licznika Geigera nie da się przestroić do mierzenia poziomu cholesterolu we krwi. Wycena pojedynczego posiłku na mniej więcej 10 euro też nie pomaga się tymi frykasami zachwycać. Pomaga za to świetny Obołoń, niezawodnie zadziwiająco niezłe „główne” piwo Ukrainy. Pisząc powyższe słowa zacierałem wspomnienia obiadokolacji trzema egzemplarzami tego zacnego trunku.

Ave!