„Upadła świątynia” Dominiki Węcławek. Pierwsza autorka w serii Fabryczna Zona

Czołem!

Przed Dominiką Węcławek stało trudne zadanie. Jako pierwsza kobieta wydająca w serii Fabryczna Zona musiała zmierzyć się z wieloma naciskami i łatkami, które zaczęto dopinać książce jeszcze przed jej wydaniem. Jaka jest „Upadła świątynia”? Przeczytajcie moją recenzję – szczerą i bez taryfy ulgowej.

Przepis na książkę
Co Dominika mogła zrobić? Mogła napisać typowo „stalkerską” (kurierską) książkę, ze wszystkimi cechami wyróżniającymi serię – powielić schematy z wydanych już tytułów, „udowadniając”, że też może napisać „książkę z Zony”. Specjalnie używam tu cudzysłowia. Wydając książkę w identycznym, „męskim” schemacie Węcławek nie miałaby żadnej szansy na pokazanie się jako autorka z własnym pomysłem na książkę i szybko zginęłaby w tłumie.

Dominika mogła zagrać hasłem pierwszej kobiety w uniwersum i napisać książkę mocno kobiecą, feministyczną, wręcz idealistyczną – ale czy pisanie na siłę tego typu książki zdałoby egzamin? Moim zdaniem nie, ponieważ pisarz nie powinien zmuszać się do czegokolwiek. Książka powinna „wypłynąć” z duszy autora, odpowiedzieć na jego pragnienia. Bodajże Stephen King (a może Isaac Asimov?) nazwał to zjawisko kiedyś „płomieniem, który spopiela trzewia”. I bynajmniej nie chodziło mu o problemy trawienne, a o przytłaczająca potrzebę napisania tej konkretnej fabuły. Potrzebę opowiedzenia historii, która żyje w naszej głowie.

 

Stalkerskie opowieści
Dominika jest z zawodu dziennikarką. Umie posługiwać się słowem i wie, o czym chce pisać – sama wybiera tematy artykułów, głównie z kręgu jej zainteresowań. Spodziewałam się, że jej fabuła będzie świeżym spojrzeniem nie tylko na uniwersum, ale i na całą serię Fabryczna Zona.

Historia prowadzona jest w narracji będącej małą wariacją na temat języka mówionego i gwary warszawskiej. Zamysłem autorki było „snucie” opowieści, stworzenie wrażenia, że historii tej słucha się przy ognisku nad słoikiem wybornie palącego napitku.

Czytając „Upadłą…” miałam wrażenie, że jej styl miejscami staje się za bardzo chaotyczny. Autorka gubi się, opowieść wymyka jej się chwilami z rąk, język potoczny zaczyna powoli męczyć. Brakuje mi w języku tej książki pewnego wyważenia, znalezienia punktu środka – w którym spotyka się styl stalkerskiego wieszcza i typowa konstrukcja, pozwalająca gładko śledzić historię. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Dominika znajdzie rzeszę fanów takiego stylu. Mnie niestety nie zadowolił i wydaje mi się jeszcze nie do końca uładzony. Proponowałabym autorce spróbować z nieco ostrzejszym redaktorem, nawet przy jakimś opowiadaniu – chociażby po to, aby przekonać się, w jaką stronę może pójść jej twórczość.

Bohaterowie
Historia „Upadłej świątyni” jest krótka – główna opowieść to około 300 stron. Niestety, ciężko było mi znaleźć bohatera, któremu mocno bym kibicowała. Wydaje mi się, że naturalnie powinnam utożsamiać się z Lidką, która kreowana jest na – obok siwowłosego nastolatka – główną bohaterkę „Upadłej…”. Nie poczułam jednak specjalnej więzi z żadnym z bohaterów, choć historia rodzeństwa przekonała mnie najbardziej i najmocniej mnie poruszyła.

W książce znajdujemy gros postaci – mieszkańców metra, ocalonych Warszawiaków i kilku sekciarzy. Dominika stworzyła świetne postacie epizodyczne, chociażby „sąsiada” Zośki i Andrzeja. W ich świetle główni bohaterowie wydają się być zbyt poprawni, zbyt „zgodni” ze wzorcem występującym w całej serii FZ. Nagromadzenie kobiet z chorobami psychicznymi – depresją, uzależnieniami, popadającymi w dziwny stan bezczynności – wydał mi się również dziwny i niepokojący. Ale uważam to za plus, ponieważ postaci te wyłamały się z pewnego schematu, były całkiem realistyczne i przede wszystkim wzbudziły u czytelnika emocje.

Podsumowanie
Jest to pierwsza książka Dominiki Węcławek. Mam nadzieję, że nad kolejnymi będzie pracować jeszcze ciężej i efektywniej. Wydaje mi się, że próba utrzymania się w uniwersum, w jakiejś konwencji, była głównym hamulcem tej historii. Odnoszę też wrażenie, że książka była napisana zbyt szybko, zbyt szybko redagowana. Zabrakło mi głębszego pochylenia nad tekstem, „odstawienia” historii na jakiś czas, aby „urosła”. Efekt końcowy nie jest zły, ale zamiast świetnej, wyłamującej się ze schematu historii, Dominika stworzyła książkę poprawną, trzymającą się w uniwersum, którą całkiem dobrze się czyta. Czy autorce puszczą hamulce, które trzymały ją przy pisaniu „Upadłej świątyni”? Przekonamy się przy premierze kolejnego tytułu.

Ave!

1 thought on “„Upadła świątynia” Dominiki Węcławek. Pierwsza autorka w serii Fabryczna Zona”

  1. Ej, rozczarowałem się. Rozkręciłem się a tu.. podsumowanie. I zgadzam się z ogólną wymową recenzji. Książka poprawna ale nic ponadto. Styl czasami rzeczywiście mnie męczył, niektóre fragmenty czytałem, nic z nich nie zrozumiałem ale nie miałem ochoty przeczytać ich jeszcze raz, leciałem dalej.
    W gruncie to dobra pozycja ale zabrakło jej, nie wiem, głębszego pochylenia się nad fabułą i opisem świata. Mam odczucie jak przy “Kompleksie 7215”, że opowiadanie zostało rozbudowane do rangi powieści (co w przypadku “Kompleksu…” jest faktem).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *