Światowy Dzień Książki – Pisz, kupuj, czytaj, kochaj.

Czołgiem!

Wczoraj był światowy Dzień Książki, jednak na ten temat piszę dopiero dzisiaj. Przepraszam, ale sporą część czasu przeznaczonego wczoraj na bloga pożarła mi również rycerska bitwa o usunięcie pewnej strony z Facebook’a (zakończona sukcesem!). Ponadto byłam zajęta czytaniem książek. Aktualnie – po raz drugi już “Łabędzi śpiew” Roberta McCammon’a.

Nie jest tajemnicą, że lwią część z kwoty, którą płacimy przy kasie kupując książkę, pożerają pośrednicy. Czyli sieciówki, kioski, hipermarkety i księgarnie. Wydawca jako drugi w kolejce urywa kawałek z tortu. Najmniej dostaje pisarz – czyli ten, który narobił się najwięcej.
Polska.

Polacy nie mają czasu na czytanie.
Jesteśmy jednym z najwięcej pracujących europejskich narodów, które przy okazji zarabiają najmniej w stosunku płacy do pracy. Książka stała się luksusem – nie dość, że kosztuje sporo (40 zł to często większość dniówki), to jeszcze czytanie pochłania dużo czasu. A tego czasu dla rodziny i przyjaciół mamy bardzo mało – w końcu pracujemy po 10, 12 godzin dziennie!

Nasz czas pracy w porównaniu do innych krajów jest długi, a płace paradoksalnie niskie, dlatego Polacy tak często emigrują, sugerując się możliwością wyższych, adekwatnych do wysiłku zarobków. Choć w Europie uważa się nas często za wiecznych biesiadników, ludzi gościnnych i wesołych, a nawet nazbyt rozrywkowych, pracujemy znacznie dłużej niż na Zachodzie. Problem polega jedynie na tym, że nie jesteśmy wydajniejsi. Nasze statystyki psuje zbytnia biurokracja oraz słaba organizacja pracy. Polacy są zmęczeni psychicznie i fizycznie. Wracając do domu marzą tylko o tym, by pójść spać*.

Ustawowe 8 godzin pracy nie obowiązuje na umowach śmieciowych, na których pracuje większość narodu. Przykro mi, ale taka jest prawda. Jeżeli Polaków na czytanie nie będzie stać w wymiarze monety i czasu, to nic się nie zmieni. Nic dziwnego, że czytają głównie emeryci i uczniowie. Cała reszta społeczeństwa jest zbyt pochłonięta zarobieniem na bandycko wysoki czynsz czy wciąż drożejące jedzenie.

Dobra książka może być tania.
Dobra książka nie musi być wcale droga – to my, czytelnicy, zostaliśmy przyzwyczajeni do wybierania tytułów po nazwisku, okładce, nalepce “światowy bestseller”. Nie czytamy polskich autorów, bo do tego przyzwyczajają nas wydawcy i dystrybutorzy. W kraju, gdzie mieszka przeszło 40 milionów ludzi, nie znajdzie się setka wybitnych autorów? Mamy tylko Pilcha, Gretkowską i Tokarczuk? Nie dajmy się zwariować!

Zrobiłam dzisiaj zakupy za niecałe 100 zł w jednym z wydawnictw e – booków. Choć niektóre okładki mnie przerażały, to nawet kupiłam kilka książek w ciemno. Zwłaszcza, że zapłaciłam śmieszną cenę kilku złotych. Do tego garść opowiadań i powieści takich tuz polskiej fantastyki, jak Romuald Pawlak, Emma Popik czy Marcin Podlewski. W sumie kupiłam około 30 książek – i nie zapłaciłam więcej niż 90 złotych! Można? Można.

Moja recepta – zanim kupisz, pomyśl!
Nie znam się na prawach rynku – a przynajmniej moja wiedza na ten temat wydaje się być zbyt mała, aby zaproponować konkretne rozwiązania. Jednak mogę Wam zaproponować rozwiązanie “na prosty, chłopski rozum”: Jak możemy ratować drobnych księgarzy? Kupując w małych księgarniach. Jak ratować małe wydawnictwa? Kupując ich książki. Jak możemy ratować pisarzy? Kupując książki.

Piszmy książki. Kupujmy książki. Czytajmy książki.

Ave!

*Link do artykułu