Na Wielki Piątek – Droga krzyżowa Ricka…

UWAGA! Obraz nie należy do mnie!

Komiks The Walking Dead przyciąga miliony fanów już od prawie dziesięciu lat (!). Dzięki zmianie rysownika na Tony’ego Moore’a, kreska stałą się bardziej ,,kwadratowa”, nadając komiksowi graficzny posmak wielu tańszych pozycji o superbohaterach. Być może ów zabieg Moore’a jest celowy, aby Rick i jego kompania kojarzyła nam się z nowym amerykańskim typem herosa. Faktycznie, mamy tu wszystko z komiksu o superbohaterach- przede wszystkim obdarzony nadzwyczajnymi mocami główny bohater; Rick już od początku spotkania ze swoją ,,nową rodziną” walczy z zombie niczym nadczłowiek, zawsze zachowując zimną krew. Jako jedyny nie ma również problemów z celowaniem 😉
Przemiana Ricka w superbohatera odbyła się ,,niecodziennie” – co prawda nie ugryzł go radioaktywny pająk, ale leżał w śpiączce (strach powiedzieć, niczym Jezus trzy dni w grobie) i przeszedł samotny chrzest bojowy (szukanie rodziny w pojedynkę). Do tego wszystkiego jest skomplikowaną tragiczną osobowością, nieraz z problemami natury moralnej.

Rick w komiksie na tę chwilę jest sztampowym, egocentrycznym pseudo liderem. Nie znajdziesz planszy, na której nie miałby wykrzywionej w złym grymasie zarośniętej twarzy. Kikut odciętej ręki (spoiler alert!) jeszcze mocniej podkreśla jego coraz bardziej barbarzyński charakter i metody. Nie potrafię zrozumieć, jak ten nawet nie ,,Bad boy” a po prostu „psycho” kradnie serce kolejnej kobiety (umiera jedna, od razu jest następna… smutne).

Być może Kirkman chciał wyjść od zmiany wskutek traumatycznych przeżyć. Faktycznie, razem z Moore’m byli dla Ricka tak łaskawi, jak Martin dla bohaterów ,,Gry o tron”. Coraz liczniejsze tragedie, śmierci bliskich osób, zamordowanie żony i ledwie narodzonej córeczki (jak to rozwiążą w serialu, opowie notka kolejna), osobisty dramat zmiany psychiki syna z małego rozpuszczonego dzieciaka w małego mordercę z lekką szajbą… Cóż, to wszystko zostawia ślady, czyż nie? – mógłby się zaśmiać złośliwie Kirkman.

Komiks ma już ponad 100 odcinków. Ostatni Volume 19, tj. Księga 19 (zabrzmiało biblijnie? Dobrze!) zawiera odcinki od 109 do 114. Niektórzy prorokują, że będzie to już koniec The Walking Dead Comic Book, z którego zrobiła się istna makaroniada. O ile kilka pierwszych ksiąg było rzeczywiście świeżymi ideami, o tyle w obecnej księdze trupy już nie straszą, główne schwarzcharaktery to tylko odgrzewanie starego kotleta w postaci bezokiego Gubernatora. Na domiar złego, najbardziej denerwująca postać zaczyna być najmilszą sercu memu – z braku laku, gdyż cała reszta dojrzałości bohaterów idzie zbierać grzyby do lasu i nagle wszyscy dorośli ludzie nie mają mózgów (w przenośni, choć wielu głównych bohaterów nie dotrwało do tej księgi ze wszystkimi narządami na właściwym miejscu).

Niestety, po tych czterech czy pięciu latach, kiedy moje oko spoczęło na spolszczeniu The Walking Dead w dyskoncie księgarskim, komiks tylko się stacza. Elementem zapalnym było zamordowanie moich ulubionych bohaterów. W tym momencie już nie mam dla kogo czytać komiksu, chyba że dla – sic! – Carla.
Żywię głęboką nadzieję, że Kirkman jako „scenarzysta bez głowy” opamięta się. Dla komiksu The Walking Dead widzę tylko jeden ratunek – skupienie się na Carlu jako głównym bohaterze, wysłanie go samotnie w świat i opisywanie jego życia i walki z zombie. Przełknęłabym fakt, że to Carl, gdyby Kirkman choć trochę utemperował jego nadzwyczaj chorą psychikę.

Dla Ricka już nie widzę ratunku. Jako postać został ukrzyżowany ostatecznie. Czy scenarzysta odświeży i przewietrzy cały pogląd na tę postać? Jeśli tak, być może czeka nas wielkie rickowe zmartwychwstanie…
Literally, u know.

Ave!