4 seriale postapokaliptyczne, które koniecznie musicie obejrzeć, a o których niekoniecznie słyszeliście

 

1. Dead Set – miniserial produkcji brytyjskiej z 2008 roku. Historia kręci się wokół uczestników odpowiednika Big Brother’a, którzy zamknięci w tym samym domu stają się świadkami i ofiarami apokalipsy zombie. Nie brak tu odnośników do popkultury, teorii społecznych, innych produkcji gatunku ,,zombie, zombie, zombie!”. Mimo wszystko, odnalazłam w tej krótkiej formie więcej, niż tylko rąbankę i gagi. Oraz scena z szampanem (+ zombie!)…

2. The Survivors – 2008 rok był w Wielkiej Brytanii bardzo owocny w seriale post apokaliptyczne. Liczący sobie zaledwie dwanaście odcinków re make serialu z lat 70 – tych to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów post apokalipsy. I mówiąc obowiązkowa, mam na myśli właśnie to. Serial opowiada o grupie ocalałych, odpornych na śmiercionośny wirus Brytyjczyków, którzy wędrują przez kraj w poszukiwaniu schronienia i bliskich.

The Survivors to jeden z najlepszych seriali gatunku, który kiedykolwiek oglądałam. Być może dlatego, że jest w nim stosowna dawka szabru – tutaj puszczam oko do stałych Czytelników – choć denerwujące są w nim ,,moralne konflikty” na zasadzie ,,wziąć ten ekstra nowy płaszczyk z supermarketu, czy jednakowoż nagle jego obsługa i właściciele sklepu ożyją, każąc mi płacić”?

Największą zaletą serialu jest gra aktorska. Co prawda, bliższa jest niemieckim filmom familijnym niż dziełom Tarkowskiego, jednak ma jedną ogromną zaletę. Większość z aktorów serialu to postacie nieznane – przynajmniej w naszej części Europy. Być może są to gwiazdki brytyjskich seriali, jednak bardzo miło było oglądać serial i – za przeproszeniem – zapatrzeć się w nową twarz, a nie kolejną mordę z Holyłudu.

Charaktery głównych postaci nie są zbyt skomplikowane. I tak, mamy zdeterminowaną główną bohaterkę – kobietę w średnim wieku, która swym matczynym szóstym zmysłem czuje, że jej nastoletni syn żyje. W otoczeniu zebranej po drodze bandy przypadkowych kompanów przemierza Wyspy Brytyjskie w jego poszukiwaniu. Wśród bandy mamy charaktery o różnych odcieniach szarości – głupiutką blondynkę, która w końcu się stawia, przystojnego bawidamka – po przemianie charakteru oddanego i lojalnego partnera, pociesznego chłopca o tak naprawdę dużej dojrzałości etc.

Samo założenie serialu może wydawać się śmieszne, naiwne i nieracjonalne. Ot, choroba wyrżnęła ludzkość i garstka ocalałych szuka po kraju swoich bliskich/spokoju sumienia/miejsca w życiu etc. Zachowanie głównej bohaterki – kobiety scalającej grupę, zdeterminowanej w walce o nadzieję i syna – może i jest z założenia nielogiczne i trąci myszką. Owszem. Jednak gdybym to JA przeżyła totalną epidemię wyżynającą miliony ludzi, chyba jednak pomyślałabym w końcu, że prawdopodobieństwo przekazania genu odporności jedynemu dziecku mogło być wysokie. Oraz – owszem! – jest to licencja z lat siedemdziesiątych, wiec zaakceptujmy te niektóre ,,smaczki” jako pewien rodzaj tła dla opowiadanej historii.

Polecam serdecznie. Dziewczątkom polecam również ze względu na schwarzcharakter – to bardzo przystojny, agresywny młody człowiek.

3. Jerycho – kolejna upadła gwiazda. Mając na myśli upadła, mówię o ucięciu serialu w najciekawszym momencie oraz baaaaardzo kiepską kontynuację komiksową.

Jerycho opowiada o świecie po wojnie atomowej, w którym tytułowe miasteczko jest niejako ostatnim bastionem cywilizacji. Ludzie starają się tam żyć w miarę normalnie, zachowując dawne zwyczaje, ucząc dzieci historii i organizując wiejskie festyny (a co!). Z drugiej strony, starają się zmierzyć z ogromem własnych osobistych strat, szybko wyczerpującymi się zapasami i dominującą świadomością, że są ostatni wśród pustki.

Denerwujące niestety były związki w serialu. Wątki romantyczne to mniej więcej jedna trzecia historii, a w post apokalipsie to już dużo. W Jerychu czułam, ze mimo wszystko to za dużo. Cóż, akurat ,,zwyczajne” emocje, takie jak zazdrość, rozpacz po zdradzie/zerwaniu, obawa o rodzinę – są sztucznie wykreowane i aktorów niemal boli scenariusz. Tymczasem właśnie te emocje, których zwykły człowiek nie doświadczył – poczucie pustki po upadku cywilizacji, walka o przekazanie młodszym wartości i historii, desperacja w utrzymaniu miasta – są tak dopracowane przez aktorów, że niemal szczere.

Mimo wszystko polecam.

 

4. Jeremiah – i wreszcie, serial stojący na podium. ,,Jeremiah” z zaskakująco dobrą rolą Luke’a Perry’ego i jeszcze bardziej zaskakującą rolą ,,głównego Murzyna post apokalipsy”, Malcolma Jamala Warnera.

Jeremiah to stary serial, już niemal dziesięcioletni – oglądając go, ma się wrażenie jakby pochodził niemal z lat 90’. Wrażenie to potęguje mała ilość efektów specjalnych, dość ziarnista kamera, scenografia – ze względu na koszty większość scen kręcono w studio lub w… lesie.
Jeremiah zaliczany jest już do kanonu opowieści o epidemiach wyżynających jedynie dorosłych, pozostawiających dzieci samym sobie. W tym serialu, goldingowski ,,Władaca Much” dorósł, nie bez poświęceń, nie mogąc odnaleźć swojego miejsca na świecie.

Bohaterowie, głównie mimo trzydziestki na karku, wciąż nie potrafią ułożyć sobie życia i nadal są ,,dużymi dziećmi”. Tytułowy Jeremiah (grany przez Perry’ego) ma wszelkie cechy samotnego, zazdrosnego i zranionego dziecka – jest egoistyczny, zadufany w sobie, działa często pod wpływem impulsu, nie potrafi zbliżyć się do innych ludzi, obwinia się o nieszczęścia innych. Kurdy zaś jest rozsądny i umie o siebie zadbać, dopóki nie spotyka Jeremiah’a, który budzi w nim dziecięcą potrzebę posiadania bratniej duszy na dobre i na złe. Dwójkę tę łączy dziwna, często nielogiczna relacja, polegająca na trochę toksycznej wzajemnej zależności. Kurdy bowiem dramatycznie pragnie kogoś, dla którego mógłby się poświęcić (poświęca się więc dla ,,sprawy” Jeremiah’a oraz Valhalli) – Jeremiah z kolei sam nie potrafi pogodzić się z własnymi błędami i popada w rozgoryczenie, nie potrafiąc zrobić kroku naprzód w swoim życiu.

Choć Jeremiah może wydawać się przestarzały, jest wspaniałą historią o poszukiwaniu siebie, pokonywaniu własnych demonów i emocjonalnym dojrzewaniu. Szczególnie polecam go młodszym fanom – dla dzisiejszych trzydziestolatków może być w nim za mało krwi, za mało seksu, za mało wybuchów. Choć, oglądając go po dwudziestym dzwonku, oświadczam – wspaniała, melancholijna podróż w czasy, kiedy undergroundowe seriale w USA przekazywały coś więcej, niż cycki.

Czekam na Wasze komentarze i polecenia innych serialowych kąsków.
Ave!