Jak nie robić festiwalu

Czołem!

Małgorzata Piekarska to nie jest zupełnie nieznane mi nazwisko. Jej “Klasę pani Czajki” czytałam za dzieciaka, kiedy jako typowy kujon namiętnie kupowałam gazety typu Cogito czy Victor. Pani Piekarska prowadzi swojego autorskiego bloga, gdzie promuje swoje tytuły i literaturę jako taką. Jako bardzo pracowita autorka – potrafiąca pisać przez całe dnie, robiąc tylko przerwy na posiłki i krótki sen – znajduje chwilę na udzielanie się w środowisku i odwiedzanie konwentów. Jak bowiem wiadomo, w Polsce aktywną promocją swoich autorów zajmuje się tylko kilka wydawnictw – reszta autorów musi promować się na własną rękę. Jeżeli chcesz w Polsce zaistnieć literacko, musisz bywać na tzw. salonach, konwentach i festiwalach. Dlatego nie dziwię się wcale, gdy pani Małgosia przyjęła (choć nie bez chwili wahania) zaproszenie na festiwal literacki pod Wrocławiem.

kawa

Ów festiwal charakteryzuje się dwoma głównymi cechami – zaprasza wielu znakomitych gości (bo trudno zaprzeczyć, że autorzy pojawiający się na nim nie są znani i lubiani) oraz… jest totalną organizatorską klapą.

Autorka prowadząca spotkanie otwierające mówi, że usłyszała, że poprowadziła je źle. Powiedział jej to nieobecny na spotkaniu „Wielki K”. Skąd wie? Obejrzał sobie nagranie dokonane jakimiś kamerami. Co mu się nie spodobało? Miny autorki.

Organizator podobno stosował na uczestnikach (zaproszonych autorach) niemiłe i niskich lotów zagrywki psychologiczne, poniżał ich, oskarżał o “gwiazdorzenie” (pisarzy w POLSCE! Czaicie?), zmuszał do “promowania” festiwalu (czytaj: zgarniania ludzi z ulicy na imprezę).  Co więcej, z winy orgów nie trzymano się rozkładu festiwalu, utrudniano zaproszonym gościom wygłoszenia prelekcji, zagrania umówionego koncertu i spektaklu teatralnego. Organizator chyba postanowił nie zawiadamiać również lokalnych władz o imprezie ani zdobyć pozwoleń na – między innymi – koncert heavy metalowy, na który muzycy przyjechali aż z Norwegii!

W  nocy przyjeżdżają Norwegowie. Na zaproszenie „Wielkiego K” mieli mieć koncert. Jak się dowiadujemy zagrali dwa utwory. Kazano im przerwać i wezwano policję, bo było za głośno. Cóż… heavy metal, to nie jest plumkanie na pianinku.

Zabrakło dobrej promocji festiwalu – a wiemy, że w dzisiejszych czasach imprezę z takimi atrakcjami da się skutecznie wypromować chociażby za pomocą mediów. Czy to był problem, napisać notkę prasową i rozesłać do mediów lokalnych? Czy to był problem na kilka miesięcy wstecz zorganizować kilka wywiadów z zaproszonymi autorami w kontekście festiwalu i opublikować na łamach darmowych magazynów i zinów literackich? Ba, skoro znalazły się pieniądze na internat i catering (choć słaby, to jednak) – to czy był to naprawdę tak wielki problem zainwestować w materiały reklamowe albo (na litość!) reklamę na FB za 120 zł?!

Całość relacji możecie przeczytać na blogu pani Małgosi przyznam szczerze, że w pewnych momentach byłam zszokowana traktowaniem autorów. Może to moja miłość do literatury, może pewne doświadczenie PR a może po prostu zdrowy rozsądek początkowo nie chciały pozwolić i dopuścić do siebie myśli, że można tak skiepścić festiwal z ogromnym potencjałem.

Wstyd przed Grahamem Mastertonem (przepraszam, “anonimowym zagranicznym gościem”) – który chyba miał stanowić “główną atrakcję” festiwalu, ponieważ na większości relacji z imprezy (a wiele tych relacji nie ma) znajduje się wyłącznie pan Graham i przekombinowane fotki, próbujące pokazać “tłum” gości. Wstyd przed autorami, że ktoś (bo organizatorem trudno nazwać taką osobę czy organizację) ośmielił tak ośmieszyć siebie i ich przed społecznością. Wstydu przed czytelnikami raczej nie było, bo wg relacji pani Małgosi na festiwalu nie było praktycznie żadnych fanów, a zaproszeni autorzy mieli za zadanie robić sztuczny tłum!

Jeżeli organizator będzie miał tyle odwagi, żeby upublicznić nazwę festiwalu i opublikować oświadczenie plus – jak jak tego wymaga przyzwoitość – oficjalne przeprosiny za traktowanie zaproszonych gości jak swoich pracowników (niewolników? wolontariuszy? własność?) – ZAPRASZAM.

Pani Małgosiu, faktycznie. Tego się nie da ogarnąć na trzeźwo.

Ave!