Love Through a Prism. Recenzja

Love Through a Prism – anime na Netfliksie, od genialnej Yoko Kamio („Boys over Flowers”) jest tytułem BARDZO wartym Waszej uwagi, nawet jeśli nie jest tytułem idealnym.

Yoko ma te umiejętność, że nawet opowiadając historię logicznie trzeszczącą w szwach, wciąż powoduje wielkie emocje i zmusza do refleksji. W Love… widać właśnie jej dojrzałość i refleksję. Autorka – w mojej opinii – zawsze lubiła pewną operowość i dramat wielkich historii miłosnych, ale jej nowe anime przekona nawet największych hejterów „Boys over flowers”.

Godnym wspomnienia jest fakt, że tytuł był na mojej liście do obejrzenia ze względu na romans i estetykę miniatury (iksde, wiem). Nie widziałam trailerów i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Przyznaję, przypadkiem odkryłam diament i z każdym kolejnym odcinkiem śledziłam tę historię z coraz to innych powodów.

O czym jest Love Through a Prism

Spodziewałam się, że będzie to miły romansik steampunkowy, ewentualnie historyczny.

Tymczasem było to swego rodzaju oczyszczające odkrycie!

Przede wszystkim – jest to anime o tworzeniu, o syndromie oszusta, o walce z prokrastynacją i ograniczeniami kreatywności, o przekraczaniu własnych granic oraz o docenianiu i akceptowaniu siebie jako artystę.

Ostatecznie zachęciło mnie do powrotu do malowania i rysowania (mało kto mnie tutaj zna od tej strony, ale od zawsze malowałam i pisałam – z tym, że moimi pracami graficznymi nie dzielę się z publicznością). Utwierdziło mnie też w przekonaniu, że mogę używać mixed mediów tak, jak lubię i wcale nie muszę zmuszać się do olejów, akryli czy gwaszy, bo są popularne.

Co więcej, zachęciło mnie do eksplorowania technik. Chyba wezmę szkicownik i pójdę do parku szkicować. W zimę. Serio.

Dla kogo jest anime Love Through a Prism

Jeśli jesteście grupą docelową takich opowieści, jak „Blue Period”, „Love through a prism” jest totalnie dla was. Nawet, jeśli nie lubicie romansów. Warstwa obyczajowa i artystyczna może być dla Was idealną dawką terapii kreatywnej.

Bardzo, bardzo warto!

Jeśli lubicie dojrzałe, głębokie historie miłosne i nie odrzuca Was pewnego rodzaju lęk młodości (problemy z komunikacją, problemy z ekspresją siebie, różnice społeczne, równość w związku), to totalnie obejrzyjcie ten tytuł. Jak mówiłam, nie ma on wad, ale bardzo warto dotrzeć do… czarno białych odcinków.

Spoiler o równości

Uwaga, poniższy fragment jest spoilerem dla całej historii, a zwłaszcza dla zakończenia! Zwróć na to uwagę, jeśli nie chcesz wiedzieć wcześniej, jak kończy się historia Lily i Kita.

Doceniam mocno motyw autoekspresji, który ma wydżwięk i w warstwie romansowej, i w warstwie malarskiej.

Główna bohaterka jest w stanie pogodzić się ze swoimi uczuciami, zaakceptować je i wyznać bohaterowi dopiero wtedy, kiedy również zaakceptuje siebie w pełni jako malarkę.

Moment, w którym Lily tworzy ostatni (widoczny na ekranie) pejzaż, jest przełomowy – powracają kolory i radość, mimo że obraz jest nieidealny. Ale Lily w końcu mówi o swoim braku perfekcji z uśmiechem, współczuciem, lekką autoironią i przede wszystkim akceptacją.

I dopiero w tym momencie, kiedy w pełni akceptuje siebie, jest w stanie wyjawić swoje uczucia Kitowi.

Wcześniej bohaterowie kontaktują się głównie poprzez sztukę. Wręcz wyznają sobie uczucia jeszcze w akademii, poprzez swoje prace (obrazy Kita, szkicownik Lilu). Mimo, że jedna osoba malarska była wcześniej uważana za niedościgniony wzór, tak obie osoby w związku romantycznym uważają się za równe sobie, pomimo różnicy klasowej. I dopiero gdy uważa się za równą mimo nieidealnych obrazów, wchodzi w związek.

Moja ocena

Moja ostateczna ocena anime to 7/10, choć bardzo chciałabym dać 10/10.

Co wpłynęło na moją ocenę? (Uwaga, spoilery poniżej).

Przede wszystkim usuwam punkty za:

  • błędy w komunikacji – jest to ważny to element dla fabuły, ale mnie po prostu irytowały (zakładam, że powinny być elementem kibicowania bohaterom, ale cóż…);
  • zbyt krótkie wątki akademii i rywalizacji między bohaterami, przez co dostaliśmy emocjonalny rollercoaster. W mojej opinii historii wyszło by na lepsze, gdyby momenty sielankowe wydłużyć, zwłaszcza że to one i ich wspomnienia napędzają resztę życia niemal wszystkich postaci głównych;
  • usuwam część punktu za I wojnę światową (ile można);
  • Ostatecznie muszę też zwrócić uwagę na bardzo wyraźną idealizację arystokracji, przedstawionej w anime jako „obrońcy ludu” i „strażników sposobu życia ludzi” (to drugie jest dosłownym cytatem z serii). To narracja, która — niezależnie od intencji twórców — wpisuje się w romantyzowanie klas uprzywilejowanych i pomija realne napięcia społeczne oraz nierówności władzy. A jeśli trafiliście na tego bloga, to pewnie już wiecie, że tu świat częściej ma odcień fioletu niż błękitu.

Mimo wszystko… OGLĄDAJCIE!

Ave!